W dzisiejszym świecie akademickim, w którym liczą się tytuły naukowe, miejsca w rankingach, publikacje na liście filadelfijskiej w niepamięć powoli przechodzi istota tego, czym kiedyś był uniwersytet. Kiedyś, w wieku 10-15 lat byłem przekonany, że ksiądz to ktoś taki, kto ma gwarantowane wejście do nieba po śmierci. Elita spośród elit. Do mniej więcej 20-25 roku życia żyłem w przekonaniu, ze profesor uniwersytetu to przedstawiciel elity intelektualnej narodu, wyselekcjonowana garstka mędrców, którzy dokonują transmisji wiedzy do młodszych pokoleń. Po spędzeniu 6 lat jako student dwóch uczelni, a następnie 15 lat jako nauczyciel akademicki, jestem rozczarowany i rozgoryczony faktem, że prawdopodobieństwo spotkania umysłu wielkiego kalibru w polskiej uczelni nie jest większe niż spotkanie takiej osoby na dworcu kolejowym. Sam wychowywałem się w rodzinie przedwojennej inteligencji, mój Dziadek Bronisław Wawrzyniec studiował przed wojną w Uniwersytecie Lwowskim. Podobnie moja babcia. Mam nawet jego indeks z wpisem zaliczenia z Matematyki u Prof. Banacha. Deintelektualizacja polskich uniwersytetów miała miejsce w czasach PRLu. Co ciekawe wyjątkiem były uczelnie techniczne, które miały kształcić kadry na potrzeby przemysłu obronnego. Dlatego mile wspominam doświadczenia intelektualne z niektórymi wykładowcami Politechniki Poznańskiej z lat 1989-1991 - tam naprawdę powiewało momentami Leibnitzem. Oczywiście w uczelniach polskich nie są zatrudniane osoby ułomne intelektualnie. Chodzi mi raczej o moje rozczarowanie, że uniwersytet nie jest miejscem pracy i spotkań elity intelektualnej Polski. Tym trudniej jest wybrać dobrą uczelnię w Polsce. Tak więc żal, że nie ma w Polsce uczelni, którą "w ciemno" można polecić spragnionym doznań intelektualnych maturzystom ... szkoda :-((
No comments:
Post a Comment